wrzuć monetę
Blog > Komentarze do wpisu
dwukrotne spotkanie z bogiem

ten rok jest bardziej niż dobry. nie mogę narzekać na różne, bardzo intensywne doznania muzyczne i nie tylko. w tym miesiącu miałam niebywałą okazję zobaczyć mike'a patton'a w dwa kolejne poniedziałki. pierwszy raz podczas występu zorn@60 w ramach warsaw summer jazz days, drugi raz podczas koncertu tomahawk, który odbył się na festiwalu nowe horyzonty we wrocławiu. 


song project - zorn@60 /live in warsaw/

okrutnie skupię się tylko na dwóch występach, w których wziął udział patton bo mimo wielkiego szacunku dla pozostałych projektów to on był powodem, dla którego kupiłam bilet. od samego początku było wyśmienicie, siedziałam wygodnie i patrzyłam jak moje bóstwo prezentuje swoje wszystkie możliwości wokalne, co również możecie usłyszeć w powyższym video. byłam wniebowzięta jego formą i trochę zaskoczona olbrzymią radością, która biła z jego twarzy - to musi mu sprawiać niebywałą przyjemność. chyba pierwszy raz widziałam go z tak bliska /o rety!/. gdy mój sąsiad zapytał jak mi się podoba, odpowiedziałam zdawkowo 'podoba się bardzo', więcej nie byłam w stanie z siebie wykrztusić. :)

później 'moonchild', krzyki i szepty, które targają emocjami. wywoływały u mnie uśmiech i pełną satysfakcję z decyzji, że zdecydowałam się na zakup biletu. ktoś coś do mnie mówił, ale ja już byłam zupełnie wyłączona z tego co mnie otaczało, trochę wbiło mnie w fotel z wrażenia, trochę odpłynęłam jak po jakiś używkach. mocne. warte zobaczenia na żywo. to są powody dla których uwielbiam chodzić na koncerty. to uderzenie mocy jest niewiarygodne i trudne do opisania. wielki szacunek dla wszystkich muzyków - to była prawdziwa uczta wrażeń.

tomahawk - capt. midnight /live in wrocław/

wspaniałe miejsce to pierwsze wrażenie po przekroczeniu bramki. dobre miejsca, które udało nam się zająć można określić podestem vip. ;) wszystko zdaje się być w porządku jednak tak niestety nie jest. mike co piszę z pewnym smutkiem był pijany. nie mam pretensji o stan jego świadomości bo koncert spełnił moje oczekiwania. to dobry i zgrany zespół więc było mocno, intensywnie czyli tak jak miało być lecz z dość zaskakującą, trochę niesmaczną /dla mnie/ końcówką. jestem litościwym fanem i wybaczam przede wszystkim dlatego, że udało mi się go spotkać po koncercie i wymienić kilka zdań. spełniło się moje największe marzenie, zupełnie niespodziewanie. mam nadzieję, że będzie jeszcze kiedyś okazja to powtórzyć w bardziej sprzyjających okolicznościach. choć nie wiem czy wtedy zupełnie nie oszaleję ze szczęścia bo od kilku dni jestem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

muszę również wspomnieć o perkusiście, john stanier wyszedł do nas i rozmawiał chyba z godzinę po czym bardzo wylewnie się z nami pożegnał. ten 'olbrzym' okazał się przemiłym i przesympatycznym facetem. dodam dla mniej wtajemniczonych, że stanier gra również w zespole battles, który bardzo wam polecam.

ten zdecydowanie najsłabszy koncert, na którym miałam okazję go oglądać zupełnie mnie do niego nie zniechęcił. raczej uświadomił mi jak bardzo go lubię. wielbię bezwarunkowo. bogowie też mają gorsze dni... ;)

mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie również okazja do podobnych muzycznych ekscytacji z pattonem w roli głównej. :D

czwartek, 25 lipca 2013, birdgehrl
Tagi: mike patton

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: